Tadeusz Nowak

Rzecz o kapeluszu

        - Kapelusz. Chłop bez kapelusza jest jak koń bez podkowy. Niby idzie, a nie słychać go, rozmawia z sąsiadem, a sąsiad rozgląda się po sadzie, jakby ktoś do niego mówił z rdzenia jabłonki, z gruszkowej dziupli, skąd wyglądają ledwie opierzone, z żółtymi zajadami na dziobach kosy. Niby jest, bo przecież nie stał się sikorką skaczącą po gałązce, zieloną gąsienicą pełznącą po liściu, liściem prześwietlonym przez słońce do ostatniej żyłki, nie stał się boćkiem klekocącym na kalenicy domu, padalcem rozrywanym przez młode bocianięta, ropuchą wyglądającą z dziury po cegle wykruszonej z podmurówki, tą dziurą, przez którą nie widać nic prócz sypiącego się piasku; a jakby się rozpłynął w powietrzu, jakby go wessały wiosenne niebiosa, połknęła krowa przeżuwająca nabożnie czerwcową łąkę.
        Kapelusz. Filcowy kapelusz, zrobiony z króliczej, z zajęczej sierści. Wymiętoszony, przypominający wzdęty zakalcowato bochenek, ten noszony na co dzień, formowany na głowie w zależności od wykonywanej pracy, od siedzącego w człowieku widzimisię, od ślepego losu czy też od jeszcze bardziej ślepego przypadku. Kapelusz z załamanym na oczy rondem, kiedy się wychodzi z płachtą pełną zboża w zaorane pole. Osłaniający źrenice przed wschodzącym lub też zachodzącym słońcem, żeby było widać każdą grudkę ziemi, każde ziarnko rozsypujące się gwiaździście.
Kapelusz z rondem podwiniętym w czasie żniw, gdyż wiadomo, że ręce ułożone do kosy nie popuszczą jej dalej niż na pokos. Chodzi sobie jako pies na rzemieniu i ani o piędź, o szczyptę nie odskoczy od ręki. Nie spłoszy jej słońce świecące prosto w oczy, nie ulęknie się ona skaczącego w  zboża szaraka, kuropatwy śmigającej z pogwizdem jak armatnia kula, dzikiej świni pochrząkującej i kwiczącej, jakby z ciebie proboszcz jakimś cudem najtajniejsze z najtajniejszych przewiny wywlekał.
        Kapelusz. Filcowy kapelusz, wyświechtany od dłoni utytłanych w glinie, w żywicy przy szczepieniu drzewek, w miodzie przy wycinaniu z ula plastrów, w śluzowatym łożysku przy przyjmowaniu na podołek nowo narodzonych zwierząt. Z bruzdą idącą przez środek, wyłamaną dłonią twardą jak deska, z bruzdą na krzyż, podłamany delikatnie w trójkąt, wypchany na kolanie w garnek, wgnieciony pięścią do środka.
        Jeszcze nie tak dawno, może przedwczoraj, może wczoraj, przyniesiono w nim z budy, co tylko oszczenione psięta. Wylizane przez sukę do sucha, ślepe, z kropelką suczego mleka na pyszczkach, wiercą się w kapeluszu położonym na stole obok rozkrojonego chleba, obok mleka świeżo udojonego, popiskują, obwąchują wytarganą podszewkę, próbują się z niego wygramolić do tego człowieka stojącego nad nimi z gołą głową, więc prawie nieistniejącego, który w tym wszechobecnym dla nich nieistnieniu decyduje teraz o ich losie.
        Sztywną ręką, na poły gliniastą, wybiera dwa, najwyżej dwa szczenięta, najżywsze, z grubymi łapami, z czarnym podniebieniem, spośród pięciu, gdyż dla wszystkich nie starczy suczego mleka ani krowiego. I te dwa burki czy też kruczki, odnosi z powrotem do budy, wsadza je pod rozdęty, mokry od mleka suczy brzuch. I patrzy jeszcze chwilę, jak suka je liże skomląc z radości, a one popiskując piją z jej wymienia, krztuszą się i znowu piją zachłannie. A wracając do domu bierze kapelusz ze stołu z trzema pozostałymi szczeniętami i niesie go w rękach nad pobliski staw, nad pobliską rzekę. I dopiero, gdy pusty już kapelusz wciska na głowę aż po uszy, gdy załamuje ze wszystkich stron wyświechtane rondo, słyszy, jak poza nim skomli staw i skomli rzeka. A to skomlenie jest już w jego krwi, w ciele, gdyż on istnieje, bo wdział na głowę kapelusz, i nie ma nawet co marzyć o nieistnieniu bez kapelusza w drodze przez wieś, na ścieżce prowadzącej do domu. A poza nim do czerwieni smaga się witka po witce rokicina, do stęknięcia w podskórnych źródłach bijących w ziemi urywa się największy dzwon z kościelnej wieży, do wirujących tęczowo kół topi się obraz niesiony w procesji. Żeby tego wszystkiego nie widzieć, można skoczyć do glinianki wypełnionej wiosenną wodą, wytaplać się w niej do utraty tchu, do głuchoty w uszach i do głuchoty w duszy, ale tak robią tylko dzieci, które zepsuły młynek do kawy, stłukły parę jajek niesionych w chusteczce do sklepiku.
        Kapelusz. Filcowy kapelusz. W nim jajka wybierane spod kur, kaczek, gęsi, indyków. Kapelusz wypełniony po rondo oliwkowymi jajkami czajek, kremowymi łysek i cyranek, zielonkawymi krzyżówek. Kapelusz, z którego kurczęta wydziobują kawałeczki twarogu, a jagły, co tylko wylęgnięte z jaj znalezionych przy żniwie kuropatwy i wykluwające się bażanty. I jeszcze ten kapelusz, w którym jednej wiosny przyniesiono zwiniętego jak ogromny pierścień zaskrońca, zamierającego ze strachu zajączka, jeża dźwigającego na grzbiecie jabłko, to jabłko z raju? A może małą planetę? Gwiazdę spadającą po śmierci dziadka? Kapelusz, ten kapelusz idący sam ze stodoły, z podmokłej łąki, z kłoszących się pól, z lasu rozchylonego łokciami na prześwit, niesiony \przez niewidzialne ręce niewidzialnej istoty, bo przecież bez okrycia na głowie, to rozlegające się nad nim śpiewanie, panoszący się śmiech, wieczorna modlitwa, że wreszcie będzie jajecznica, że będzie się można najeść do syta.
        Kapelusz. Filcowy kapelusz, stojący na stole uroczyście jak narzeczona, jak mirt w doniczce, gromnica na oknie porysowanym przez błyskawice. Kapelusz pełen zerwanych tuż przed przymrozkami jabłek, złotych renet, odkopanych przypadkowo z siana dawno zwiezionego. Można podchodzić do niego, sięgać łapką zaczerwienioną od mrozu, podrapaną przez koty, pogryzioną przez psy, podziobaną przez kury, można wyjąć jabłko, większe w radości od planety, od wnętrza kościelnego, i schować je za siebie, i czekać póki się nie zagrzeje w dłoni, póki nie odtaje z niego cudowny zapach raju i Wigilii.
        Kapelusz. Filcowy kapelusz, załamany filuternie na bok, można rzec, wesoły, radosny. Czyściutki, wyszczotkowany, z włosami sczesanymi w jedną stronę, żeby bił od niego blask, jakby co tylko zdjęty z kwitnącej wisienki, podniesiony z zielonego mchu. Świąteczny kapelusz, w którym się idzie do kościoła, jeździ do miasta, w którym się chodziło do dworów, chodzi nadal do urzędów. Gdy się ma ten kapelusz na głowie, gdy się go trzyma w rękach, zawsze przy nim czy też pod nim widać człowieka. Rozmawiającego przed kościołem z sąsiadami, siedzącego w ławce, zapadającego w drzemkę przy organach śpiewających, że je zakupiono tam, za Wielką Wodą, gdzie rodzą się dolary, po które wypadałoby się wybrać, gdyż dzieci kilkoro.
        Widać człowieka idącego przez dworski park, miętoszącego z bojaźni ten świąteczny kapelusz, w co tylko z tej okazji mytych mydłem rękach, stojącego przed dziedzicem, który akurat wybiera się,do miasta i na laseczce podrzuca pluszowy cylinder. Wysiadującego po urzędach z kapeluszem niecierpliwie obracanym w dłoniach, oglądającego przebiegających korytarzem urzędników, wyciągającego zza wstążki jedwabnej "czerwońca", "górala", wskazującego nim niby to mimochodem na koszyk, z którego wyłazi kiełbasa, szynka, głowa świeżo mytej gęsi, kaczki, indyka. Stojącego przed rozkopaną ziemią, w której widzi się tylko ucięty i jeszcze krwawiący korzeń osiki, a nie widzi się ani malowanych desek, ani dobrodzieja śpiewającego requiem, ani wsiąkającego w dziki bez kadzidła. Rozmawiającego z Bogiem, prawującego się z nim o lepszy urodzaj, O znaczniejszy przychówek, o to, żeby żonie wreszcie wywietrzało z głowy tercjarstwo.
        Kapelusz. Filcowy kapelusz. A raczej dwa filcowe kapelusze. Codzienny i świąteczny. Znoszący do domu, co żywe, co się tylko urodziło, służący do pojenia bydła, do rozżagwiania ognia, kłaniający się wszystkim noszącym jedynie kapelusz świąteczny, żeby obronić to, co się co tylko ulęgło, co zostało przyniesione z pola, z łąki, z lasu. Nie wdzieję ich nigdy. Nie pokłonię się nimi nikomu. Nawet sobie, gdy jestem sam, gdy jest zgaszone światło, gdy i lustro nie patrzy na mnie jedną z sześciu iskierek utajonych w moich obydwóch źrenicach. Kapelusz. Filcowy kapelusz. Bez niego nie widać człowieka, nie widać chłopa.

 

 

        Oto jedna z „Półbaśni” Tadeusza Nowaka. Ulubionego mojego pisarza, nawiedzonego, w najlepszym tego słowa znaczeniu, poety, piewcy Powiśla – jednego z największych twórców literatury polskiej minionego wieku.

 

 Adres internetowy do pozostałych „Półbaśni” http://republika.pl/kolebukr/polbasnie.htm#o_duszy 

A stamtąd do powieści, psalmów, rozlicznych wierszy Tadeusza Nowaka, obszernych materiałów o autorze powieści „A jak królem, a jak katem będziesz…”

 

Wszystko to zgromadził i udostępnił internetowym czytelnikom niestrudzony Robert Kolebuk. Adres na jego strony także w moich linkach.

 

Zachęcam